Dominika Migoń to nie tylko instruktor w Miejskim Ośrodku Kultury, ale również barwna osobowość mogąca pochwalić się wieloma sukcesami, takimi jak nominacją do tytułu “Człowieka roku” Obserwatora Lokalnego czy nagrodą za adaptację powieści na materiał scenariuszowy w 15. Konkursie Teatrów Amatorskich Melpomena. Swoją pasję do teatru przekazuje podopiecznym między innymi w grupach “Safo”, “Fantazja” i “T.Lab”.

Jak zaczęła się twoja przygoda artystyczna z teatrem?

Moja artystyczna przygoda zaczęła się od tego, że zawsze lubiłam wcielać się w różne role. W końcu rodzice stwierdzili, że trzeba coś z tym zrobić, że nie mogę tylko rozmawiać sama ze sobą i zabawkami. Dlatego w drugiej klasie szkoły podstawowej zapisali mnie na zajęcia recytatorskie do Domu Kultury Śnieżka. Na początku byłam przerażona, jednak z czasem pokochałam to. Uwielbiałam tworzenie różnych scenek. Później, kiedy byłam coraz starsza to zaczęłam się bardziej wstydzić, stresować. Pojawiły się blokady, więc wszystkie scenki improwizowane nie były moją bajką i bardzo się ich bałam. Nasze zajęcia bardziej skłaniały się ku przygotowywaniu na konkursy recytatorskie i samej recytacji niż na zajęciach teatralnych, więc w między czasie zdążyłam się pozamykać w sobie – artystycznie. W gimnazjum trafiłam do grupy teatralno – wokalnej “Feniks”. Tam przygotowywaliśmy programy bardziej patriotyczne, religijne. Jednak, dlatego że była to grupa wokalna, pięknie, szeroko otwierałam buzię i udawałam, że śpiewam jak w chórze u Rubika <śmiech>.

Czasem coś tam pogadałam i przez 3 lata prowadziłam kronikę, a programy, których uczyliśmy się podczas tych zajęć, do tej pory towarzyszą nam przy wszystkich imprezach z przyjaciółmi. Myślę, że to były najlepsze lata. Artystyczne rozwijanie się w szkole jest bardzo cenne, twórcze i kształtuje całe życie. Jednak skąd w ogóle wzięłam się w MOK-u? Kiedy skończyłam licencjat, trzy lata studiów w Krakowie, stwierdziłam, że już wystarczy tego siedzenia, nauki, oglądania seriali. Postanowiłam wrócić do domu i kontynuować studia zaocznie, zacząć pracę. W tamtym czasie, dyrektorką Miejskiego Ośrodka Kultury była pani Elżbieta Kęsik,  jedna z instruktorek grupy “Feniks”, która uczyła w miejskim Gimnazjum nr 1. Jakoś zgadałyśmy się i zaproponowała mi staż – stanowisko biurowe. Na jego początku dowiedziałam się, że pani Ceglarz, prowadząca grupę “Safo” idzie na zwolnienie macierzyńskie, a pani, która prowadziła teatrzyk dla dzieci przechodzi na emeryturę, dlatego obdarzono mnie ogromnym zaufaniem i powiedziano: Dominika, to poprowadzisz wszystko przez chwilę. No i tak przez chwilę, prowadzę to wszystko już 5 lat.

– Dominika to osoba z pasją do teatru, która czerpie radość z tego co robi, a robi to doskonale. Już w liceum reżyserowała spektakle, dawałam jej tutaj wolną rękę, bo wykonywała to fenomenalnie. Z jednej strony była bardzo profesjonalną osobą, ale z drugiej strony potrafiła stać się tyranem – niektórzy musieli powtarzać kilkanaście razy tekst, bo nie był on perfekcyjnie wypowiedziany albo na przykład dłoń nie została ułożona tak, jak Dominika widziała to w swojej wyobraźni. Jednak właśnie przez to uczyła siebie i innych kolegów dyscypliny, której sama się poddawała – wspomina Magdalena Kusibab, polonistka Dominiki z czasów licealnych.

5 lat to już dosyć sporo, dlatego skąd ciągle czerpiesz inspiracje na nowe i interesujące spektakle?

Inspiracje biorą się z życia, pracy, z oglądania różnych spektakli, nawet z przeglądania zdjęć na Pintereście – to największa kopalnia pomysłów. Pamiętam, że na przykład bardzo intensywnym doświadczeniem artystycznym był koncert Katarzyny Groniec z płytą “Zoo”, utworów Agnieszki Osieckiej. Stał się on taką inspiracją, że wróciłam do domu i całą noc pisałam spektakl i wizualizowałam go, bo wystarczy jeden mały bodziec, który gdzieś zainspiruje i później już leci. Jednak czasami jest to po prostu żmudna praca szukania różnych tekstów, inspirowanie się słowem, przedmiotem walizką, starym kostiumem, który nagle zainspiruje. Zdarza się, że pomysły przychodzą mi do głowy w łazience albo pod prysznicem i najlepsze pojawiają się ot tak. Gdy robimy spektakle z dziećmi, to one również potrafią bardzo inspirować. Dzieci się nie krępują się, nie uważają na to co wypada, co nie wypada. Ja nie umiem tak od początku do końca wizualizować spektakli sama w domu przy kartce, coś tam sobie zawsze rozpisuję, ale pomaga mi w tym właśnie spotkania z ludźmi i praca z nimi. Nawet teraz, kiedy zajęcia odbywają się na Zoomie i tworzymy z jedną grupą spektakl w stu procentach autorski. Robimy sobie czasem takie burze mózgów. Ktoś coś powie i akurat tego w spektaklu nie wykorzystamy, ale to popchnie jakąś szufladkę w głowie. Na pewno nie inspiruje siedzenie samemu w czterech ścianach. Bardzo pomaga też czytanie książek, uwielbiam picture booki i to jest cudowna sprawa. Często kupuję je, żeby podotykać, pooglądać, bo właśnie one mają to do siebie, że jest bardzo mało tekstu, ale są wspaniałe obrazki, prawie dzieła sztuki, które ogromnie inspirują.

Czasami pomimo wielu inspiracji na przygotowanie spektaklu, jest bardzo mało czasu.  Jak sobie radzisz z taką presją czasu, czy ona wpływa korzystnie, czy może wręcz przeciwnie?

Presja czasu na pewno korzystnie wpływa na pomysły i na realizację, bo zawsze jak mamy jakiś deadline to wiemy, że to musimy zrobić, że nie ma żartów, że trzeba to zrobić już, teraz. Wtedy mózg pracuje na przyspieszonych obrotach. Na pewno niekorzystnie wpływa to na zdrowie <śmiech> i na jakieś kontakty w rodzinie, bo wiadomo wtedy nie ma się czasu praktycznie na nic – trzeba pracować po nocach, wieczorami, robić dodatkowe próby w soboty i w niedzielę. To jest poświęcenie nasze jako instruktorów, ale także uczestników zajęć. Jednak wydaje mi się, że przez to jesteśmy też bardzo produktywni i kreatywni, bo jeśli się wie, że do dyspozycji jest dużo czasu to nie wszyscy się starają, młodzież nie uczy się tekstów, my tak do końca nie wiemy co chcemy zrobić, “a może tak, a może tak” i  kombinujemy. Jak mamy mało czasu, to nie ma zabawy, tylko trzeba zakasać rękawy i wziąć się do pracy. Także wydaje mi się, że krótki czas też może być inspirujący i wymagający jednocześnie.

A co czujesz gdy twoi podopieczni po wszystkich próbach występują na scenie?

Na początku mojej pracy ogromnie się stresowałam. Już kilka dni przed występem, bolał mnie brzuch, fizycznie bardzo źle się czułam. Denerwowałam się, a co będzie jeżeli mu nie wyjdzie, jeśli zapomni tekstu – jak ja mu podpowiem. Co jeśli nie spodoba się panu dyrektorowi? A co jeśli rodzice nie będą zadowoleni? I milion innych pytań. Teraz dalej ogromnie współodczuwam, ale nabrałam dystansu. Najważniejsze jest dla mnie to, że moi podopieczni rozwijają się. Jestem dumna z całego procesu, a nie tylko z samego występu, bo nieraz jest tak, że ktoś zrobi ogromny postęp, ale akurat w tym dniu konkursowym czy w dniu występu, gorzej się czuje, ma słabszy dzień i wtedy ja wiem, że nie wyjdzie to na sto procent jego możliwości, ale cieszę się z całej tej drogi, którą przebył i na pewno nie dobieram sobie do głowy co ktoś o tym pomyśli. Ile ludzi, tyle gustów. Ci którzy łatwo krytykują, nie siedzą z nami na salach prób, nie tworzą z nami scenariuszy, nie znają nas, naszych problemów, tylko po prostu przyjdą i dobrze im się ocenia, bo siedzą sobie wygodnie w fotelu. Także nabrałam dużego dystansu do tego i uczę się na swoich błędach. 

– Dominika zawsze przeżywała bardzo nasz każdy występ, nieraz widać było wzruszenie w jej oczach i dumę z tego co robiliśmy na scenie. Wiedziała, że nawet jeśli nie szło nam na próbach to na tym głównym występie damy z siebie sto procent, żeby nie zawieść jej, Piotrka i pani Madzi. To taka nasza “teatralna mama” i oczywiście kopniak na szczęście zawsze musiał być. Co można więcej dodać, Domka jest cudowna i tyle – wspomina Wiktoria Skowron, absolwentka grupy “Safo”.

W takim razie co w twojej pracy przynosi ci największą satysfakcję?

Ogólnie moja praca przynosi ogromną satysfakcję. Jednak jestem bardzo dumna, że z jednej grupy, którą prowadziłam zrobiło się ich kilka. Nagle jest coraz więcej chętnych na zajęcia i osoby, które nawet już wychodzą albo sobie robią wracają, miło wspominają, albo dalej chcą brać w czymś udział. Na przykład absolwenci czasem dzwonią i mówią  “ej, ej, a mogłabym wystąpić, bo ja zjeżdżam na Zaduszki to świetnie by było coś powiedzieć” <śmiech>. To jest niesamowite, bo takie sytuacje pokazują nam, że to co robimy ma sens i to nie tylko taka gadanina i bawienie się w teatrzyk, tylko gdzieś tam budujemy ludzi. Ostatnio absolwenci zrobili przemiłą niespodziankę i zmontowali filmik. Ja po prostu poza tym, że się wzruszyłam gestem i tym, że go zrobili, że chcieli jakoś podziękować, z poczucia przywiązania – to byłam mega dumna  i usatysfakcjonowana z poziomu artystycznego, ze świetnego złożenia fragmentów tekstu. Oni zrobili to naprawdę fenomenalnie. Oczywiście nie przypisuję sobie tego, jako tylko i wyłącznie mojej zasługi, bo na pewno po prostu mają talenty i lubią czytać, ale gdzieś tam robi się ciepło na sercu, że taka praca nie idzie na marne, tylko inspiruje.

Który spektakl wspominasz najlepiej?

Trudno jest mi określić – zawsze się śmieję, że jak prawdziwa matka kocham wszystkie swoje dzieci. Jestem bardzo sentymentalna i czasem, wieczorami oglądam stare spektakle, łącznie od tego pierwszego, który stworzyłam w fantastycznym II Liceum Ogólnokształcącym. Razem z przyjaciółmi utworzyliśmy wtedy grupę teatralną. Ja tam najwięcej pogrzebałam w tym i udało się zrobić spektakl. Każdy projekt wiąże się z jakąś historią, ludźmi, emocjami, wyjazdami, poważnymi rozmowami próbami, ze śmiesznymi sytuacjami. Staram się oddawać serce nawet do takiego najmniejszego programu, aby wszystko było jak najbardziej ciekawe, zrozumiałe i żeby każdy mógł dla wziąć coś dla siebie. Obiecałam, że jak kiedyś będę prowadziła zajęcia teatralne, to żaden program się nie powtórzy <śmiech>. Próbuję tak robić, tylko wiadomo, że to wymaga bardzo dużo pracy. Oczywiście apetyt rośnie w miarę jedzenia. Widzowie oczekują od nas coraz więcej, coraz więcej oczekują od nas podopieczni, bo jeśli tak potrafimy, to potrafimy więcej, bo jeśli tak potrafimy to nie możemy zrobić czegoś słabiej. Wszystko tak się nakręca. Także myślę, że wszystkie spektakle miło wspominam i te dziecięce, i te młodzieżowe. Jednak satysfakcja, uśmiechy, wdzięczność, emocje po spektaklu tych młodszych, którzy przeżywają to na milion procent rekompensują ewentualne potknięcia. Jesteśmy zależni od naszych podopiecznych, więc możemy sobie wymagać, wymyślać, ale później jak ktoś zachoruje lub nie przygotuje się, to jakby my się staraliśmy, ale wiadomo, że nie jesteśmy za wszystko odpowiedzialni i tutaj w grę wchodzi ten niepewny czynnik ludzki.

– Czasem mamy mało czasu na zrobienie spektaklu, ale mimo wszystko dajemy radę, za każdym razem, zrobić to na odpowiednim poziomie. Domka stara się jak może i oprócz tego, że przygotowuje nam teksty oraz ruch sceniczny, to jeszcze nas motywuje, żeby wyszło jak najlepiej. Myślę, że przez to inspiruje każdego z nas do działania i właśnie dzięki niej, nawet w krótkim odstępie czasu, jesteśmy w stanie przygotować coś dobrego i nie czujemy, aż tak tej presji czasu, bo dzięki niej się spinamy. Domka pewnie też swoje przeżywa i dużo nerwów kosztuje ją na przykład to, że komuś (mi…) zdarza się zapomnieć tekstu, ale koniec końców wszystko wychodzi dobrze – opowiada Zuzanna Grecka z artystycznej grupy “Safo”.

Obecna sytuacja epidemiologiczna na pewno stwarza dużo problemów, o których czasami inni nawet nie zdają sobie sprawy. Jakie są główne wady zajęć zdalnych?

To znaczy najgorsze jest to, że nie ma kontaktu człowieka z człowiekiem. Teatr to właśnie jest takie spotkanie i choćby nie wiadomo jak będziemy się gimnastykować przez komputer, internet, “zoomy”, platformy, “youtuby” i wszystko inne – to nie będzie to samo. Jednak mimo wszystko zdecydowaliśmy się na pracę zdalną, na tworzenie różnych projektów, które pokazują się w internecie z kilku powodów. Po pierwsze dlatego, żeby nie zwariować. Po drugie, aby gdzieś tam tę iskrę kreatywności rozniecać i po trzecie, by mieć kontakt ze swoimi podopiecznymi. Jednak te zajęcia nie są obowiązkowe, bo zdaję sobie sprawę, że nie każdy ma taką możliwość, siłę, ochotę po całym dniu spędzonym przy komputerze. Często występują również trudności sprzętowe, finansowe, osobiste. Dzieją się różne rzeczy w domach i dobrze o tym wiemy, bo im więcej w nich przesiadujemy, tym poziom frustracji, zmęczenia materiału ludzkiego narasta. Dlatego nie zmuszam, ale bardzo się cieszę, że są osoby, dzieci, które regularnie łączą się z nami, które działają, rozwijają swoją kreatywność. Postawiliśmy też na takie “dokształcanie”. Zarówno ja, jak i Magda, która prowadzi zajęcia wokalne, staramy się przez zabawę, ciekawy sposób opowiadania nauczyć trochę teorii, opowiedzieć coś o teatrze czy o muzyce, poćwiczyć dykcję, improwizacje, interpretacje, popracować nad emocjami. To co możemy zrobić przez kamerki. Niestety nie jesteśmy w stanie stworzyć spektaklu. Próbowałam, ale nie udało się – jest bardzo trudno. Możemy robić jakieś pierwsze próby, ale to nie to samo. Do tego przychodzą problemy techniczne – tu nie łączy, tu zacina, tu opóźnia, ale mimo wszystko cieszę się, że są osoby, które się nie poddają, które się łączą bardzo często, żeby przygotowywać tekst, żeby popracować nad jego interpretacją, żeby działać. 

Może są jakieś pozytywne aspekty takiej sytuacji?

Musieliśmy się nauczyć obsługiwać różne programy, ja na przykład staram się montować filmy, coś nagrywać, wprowadzać ruch w kulturze, żeby ludzie o niej nie zapomnieli. W między czasie przygotowujemy takie projekty spektakli, które chcemy kiedyś wystawić na żywo, piszemy scenariusze z “T.Labem”, z “Fermentem”. Z jednej strony to jest świetne, bo jak nie było tej pandemii nikt nawet nie pomyślał, że można prowadzić zajęcia zdalnie. W “T.Labie” większość stanowią studenci, osoby pracujące, więc nie byłoby szans, żebyśmy się spotykali w normalnych okolicznościach. Teraz regularnie łączymy się raz w tygodniu o jakiejś magicznej 21 czy 22 i coś tam sobie dłubiemy. Tak to raczej szukalibyśmy momentu kiedy możemy się spotkać, żeby zrobić jakąś próbę. Okazało się, że tak wcale nie trzeba. Jeżeli tylko technicznie wszystko jest w porządku i złośliwość rzeczy martwych nas nie przytłacza, to możemy cały czas tworzyć, ale to jest wszystko do pewnego momentu, bo możemy przygotować tekst, pomyśleć o jakimś ruchu, o kostiumie, ale nie jesteśmy w stanie wprowadzić tego w życie i nadać temu duszę, więc na razie sobie marzymy, wizualizujemy, coś tam piszemy. Ja zmuszam do pracy, do myślenia, robimy ćwiczenia improwizacyjne, bawimy się w dubbingowanie bajek, seriali, filmów. Jednak ile się tak można bawić? To jest pytanie <śmiech>.

– Zajęcia zdalne nie odwzorowują zajęć tradycyjnych, ale niestety teraz tylko tak udaje nam się spotykać z teatrem. Nie możemy też  wielu rzeczy wykonywać, ale za to analizujemy dokładniej wszystkie szczegóły. Dla mnie najważniejsze jest spotykanie się w naszym gronie i  to, że dzięki Dominice nie marnujemy ani chwili tylko zagłębiamy się w tajniki teatru – mówi Julia Sikora z grupy “Ferment”.

Podsumowując, wróćmy pamięcią do czasów licealnych: czy tamta Dominika i ta Dominika obrałyby ten sam kierunek drogi życiowej?

Na pewno kierunek studiów wybrałabym zupełnie inny i nie bałabym się. Wtedy uważałam, że nie poradzę sobie na studiach, na które chciałam iść. Martwiłam się, że nie poradze sobie w dużym, nowym mieście, że po co iść za marzeniami? Lepiej nie ryzykować. Wybrać studia, które nie będą jakoś bardzo trudne, uciążliwe, pojechać do miasta, które jest blisko i będzie można wrócić szybko do rodziny. To na pewno bym zmieniła, poszłabym po więcej, postarałabym dostać się na inny kierunek studiów, bardziej wymagający i spełniać swoje marzenia. Naprawdę bardzo chciałabym, żeby każdy z maturzystów nie bał się i nie obierał “wygodnych” kierunków, tylko podążał za głosem serca. Bardzo się cieszę, gdy widzę osoby, które walczą i mimo różnych niepowodzeń, jak na przykład w zdawaniu do szkoły teatralnej, nie rezygnują, ale spełniają marzenia. Wydaje mi się, że w życiu jest ważne, by robić to co się kocha. Oczywiście jeżeli chodzi o moją pracę, to nie mogłabym sobie wymarzyć lepszej, bo przynosi mi satysfakcję, spełniam się w niej, towarzyszą mi wspaniali ludzie. Nasz fantastyczny zespół w Domu Kultury to bardzo młode i kreatywne osoby, ale również starsze, doświadczone, które chętnie nam pomagają. Mamy też świetnych podopiecznych, którym się przede wszystkim chce, więc wydaje mi się, że to napędza. Jedynie co chciałabym zmienić, to kierunek studiów, dzięki temu może mogłabym być lepsza, więcej wiedzieć i więcej przekazywać, ale MOK-u nie zamieniłabym na nic innego <śmiech>.

Fot. Natalia Miazga

Udostępnij
Polub nas na Facebooku

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.